O lampach...

Podstawową (choć oczywiście nie jedyną) różnicą w budowie wzmacniaczy lampowych i tranzystorowych jest zastosowanie lamp, zamiast tranzystorów jako elementów wzmacniających sygnał wysyłany do głośników.
Entuzjaści wzmacniaczy lampowych nie bez racji twierdzą, że w urządzeniach tych (pomińmy tutaj markę) ujmuje ich przede wszystkim "ciepło" brzmienia i magiczna wręcz naturalność dźwięku. Podkreślają też niesamowitą bliskość muzyki i niemal fizycznie odczuwalną obecność muzyków. Są to znowu odczucia subiektywne, ale jeśli tylko choć jedna osoba odbiera w ten sposób kreowanie dźwięku przez "lampowce", tak długo jest to prawda. A tych osób naprawdę jest znacznie więcej...
Nie można również zapomnieć o jeszcze jednym fakcie - samych LAMPACH, zwykle dużych, pięknie wyeksponowanych, zamkniętych w lśniących chromem lub złotem osłonach lub umocowanych na równie imponujących podstawach. Projektanci nowoczesnych wzmacniaczy tranzystorowych nie mają możliwości takiego eksponowania elementów elektronicznych dla zwiększenia atrakcyjności urządzenia, gdyż wszystkie te elementy (tranzystory, oporniki, kondensatory, diody etc.) są po prostu nudne i nieciekawe. Starają się więc często nadać im wręcz futurystyczne kształty. Szokujące na początku, interesujące po upływie jakiegoś czasu i nie zwracające (wizualnie, bo grać wciąż mogą wspaniale) już niczyjej uwagi po kilku latach.
Wzmacniaczom lampowym na pewno to nie grozi. Dlaczego? Bo z żarzących się delikatnym, pomarańczowym światłem lamp bije pewna magia, to wcześniej wspomniane (choć użyte w innym kontekście) ciepło. Włączenie wzmacniacza lampowego (oczywiście przy zgaszonym świetle) to prawie ceremonia - lampy jarzą się początkowo delikatnym, zwiewnym światełkiem, by po pewnym czasie w pełni zabłysnąć, wypełniając pomieszczenie delikatną poświatą niemal naturalnego ognia. Światełko lamp uspokaja, hipnotyzuje i przenosi do najwspanialszych sal koncertowych świata, które odwiedzać możemy jedną po drugiej zanurzeni w przytulną kanapę...